poniedziałek, 27 lutego 2017

Merantau (Gareth Evans, 2009)

Merantau
Scenariusz i reżyseria: Gareth Evans
Produkcja: Indonezja
Premiera: 05.11.2009

Obsada: Iko Uwais, Sisca Jessica, Mads Koudal, Yasu Aulia, Laurent Buson, Yayan Ruhian, Alex Abbad i inni.

Ostatnio zaniedbałem Kino-Akcję, ale oto pierwszy z trzech krótkich tekstów zaplanowanych na najbliższy czas. Zaczynamy od Merantau (2009) w reżyserii kultowego już Garetha Evansa, który niedługo po premierze omawianej produkcji zabrał się za słynne już The Raid (2011) i The Raid 2: Berantal (2014). Merantau dzieli sporo podobieństw z mordobiciami z Ramą. Iko Uwais gra tu główną rolę, pojawia się i Yayan Ruhian, a sam film to pasmo krwawych scen masakrowania przeciwników przez Yudę, mistrza silat.

Fabuła jest tu zdecydowanie najsłabszym ogniwem. Nie dość, że stanowi raczej pretekst do pokaźnej ilości scen akcji, to na dodatek przez chwilę zdaje się dotknąć ważkiego tematu zmuszania kobiet w Indonezji do prostytucji i handlu ludźmi, po to tylko by temat ten ostatecznie (i ku wielkiemu rozczarowaniu) potraktować jako wymówkę do pogoni protagonisty Yudy za złymi, europejskimi gangsterami i ich hordą pomagierów. Tak samo potraktowany zresztą jest też punkt wyjściowy, sugerujący jakoby Merantau był opowieścią o dojrzewaniu i wkraczaniu w dorosłość. Ponadto Evans nawet nie próbuje silić się na przedstawienie samego bohatera w zbyt realistycznym świetle; Yuda rzuca się na kolejne grupy przeciwników, wykonuje najwyższej jakości piruety, przyjmuje kolejne ciosy, po czym wciąż z pełną siłą i prędkością atakuje kolejną chmarę łobuzów, następnie kolejną, a następnie kolejną...

Niewątpliwą wadą są tu również sami złoczyńcy: Mads Koudal jako Ratger i Laurent Buson jako Luc nie wypadają szczególnie złowrogo, nie prezentują się jako superważni gangsterzy i nie zapadają zbytnio w pamięć. Dopiero w finale filmu, gdy przyjdzie im się zmierzyć z Yudą, okazuje się, że tak naprawdę zostali zatrudnieni wyłącznie ze względu na zdolności sztuk walki – te na szczęście nie są małe.

Jak więc wyraźnie widać, film sprowadza się praktycznie do jednego: scen walk. Jak można było oczekiwać po produkcji Evansa choreografie są tu bardziej niż zacne, krwi jest całkiem sporo, choć bez większej przesady, a kamera zawsze jest odpowiednio ustawiona, żeby wszystko dokładnie pokazać. Ponadto prędkość starć nie jest sztucznie zwiększana montażowymi sztuczkami czy telepaniem kamery, a kadry są zwykle miłe dla oczu: słowem ciężko pod względem technicznym, a już na pewno w kontekście sztuk walki Merantau coś zarzucić. Co jednak nie znaczy, że jest to niemożliwe. Tak duża ilość mięsa armatniego, jaka obecna jest w filmie wprowadza bowiem pewną monotonię, zarówno z powodu nieciekawych przeciwników Yudy, jak i repetycji ciosów, którymi ich powala na ziemię. Mimo to – jeśli jest się miłośnikiem kina kopanego – stanowi to jedynie drobną rysę na bardzo przyjemnej całości, jaką jest Merantau.


czwartek, 9 lutego 2017

Gunhed (Masato Harada, 1989)

Gunhed
reż. Masato Harada
scenariusz: Jim Bannon, Masato Harada
Produkcja: Japonia
Premiera: 22.07.1989

Obsada: Masahiro Takashima, Brenda Bekke, Aya Enjouji, Eugene Harada, Kaori Mizushima, Mickey Curtis, Randy Reyes i inni.

Gunhed wpisuje się w tradycję japońskich filmów sci-fi, czerpiących inspiracje z kina amerykańskiego i/lub umieszczających wśród postaci osoby spoza Japonii, zwykle z USA. W przeszłości zwykle sięgano po tematy związane z atakami kosmitów czy eksploracją kosmosu, ew. z walką z ogromnymi potworami. Pod koniec lat 80. skierowano się jednak w kino spod znaku zabójczych maszyn i postapokaliptycznych, pełnych żelastwa rubieży, z których pełnymi garściami czerpie Gunhed.

Produkcja Harady powstała na podstawie odrzuconego scenariusza do 17. filmu o Godzilli (2. w serii Heisei, zapoczątkowanej w 1985 roku). Po kilku zmianach przeniesiono akcję do 2038 roku i świata, gdzie ludzkość odkryła Texmexium: substancję, która sprawiła, że Ziemia mogła być kontrolowana przez nową generację superkomputerów. W międzyczasie zużyto jednak naturalne surowce, przez co niebawem zaczęło braknąć materiałów na (mniej lub bardziej) inteligentne maszyny. Chipy i inne elementy komputerowe stały się więc w tej dystopii najwyższą walutą. Pojawiły się zatem grupy poszukujące odpowiednich materiałów i walczące z czyhającymi zewsząd niebezpieczeństwami. Grupy te pojawiają się nawet w strefach zakazanych.

Oczywiście, film opowiada o takiej właśnie grupie. Pochodzących z różnych zakątków kuli ziemskiej poszukiwaczy widz musi jednak szybko poznać, gdyż kiedy dostaną się na wyspę – gdzie toczy się praktycznie cała akcja – zaczynają ginąć jeden za drugim. Nie minie jeszcze 15 minut nim 90% futurystycznej załogi stanowić będzie zaledwie blade wspomnienie. Wyspa bowiem wyposażona jest w androida, który nasuwa bardziej niż silne skojarzenia z Terminatorem (i zrealizowanym rok później świetnym Hardware). Bohaterowie klucząc po metalowych korytarzach niczym na statku Nostromo, natykają się także na blondwłosą żołnierz z tajną misją. Jakby tego było mało po terenie krąży również mechopodobny pojazd z własnym, zabójczym AI. Pozostałym przy życiu postaciom pozostaje tylko reaktywować odnalezionego (i dość gadatliwego) Gunheda i ruszyć w bój. W międzyczasie na metalowej wyspie odnajdą dwójkę dzieci o nadnaturalnych zdolnościach, również dość pomocnych w walce o przetrwanie.

Film zdecydowanie wypada pochwalić za sporo pomysłów, przede wszystkim za dwujęzyczność postaci, mówiących po angielsku i japońsku, lecz nigdy nie mających problemów z komunikacją. Pomysłowa jest też pełna żelastwa i skąpana w ciemnych kolorach scenografia. Gunhed oprócz kup złomu pokazuje również rodzącą się przyjaźń i szacunek między Japończykiem i Amerykanką (jeśli w świecie Gunheda możemy w ogóle rozróżniać ludzi ze względu na ich pochodzenie) z sugestią, co do możliwości romantycznej kontynuacji ich znajomości.

Prymarnie jednak film skupia się wpierw na budowaniu napięcia rodem z thrillera, co wychodzi twórcom nawet udanie. Później zaś przeradza się w kino akcji, nie gubiąc do końca cech thrillera, lecz wzbogacając je również o elementy komediowe. Co jednak stanowi sporą wadę to „wzbogacenie” produkcji o wiele niepotrzebnych przestojów. W sekwencjach akcji da się zauważyć natomiast, że twórcy mieli o wiele lepsze pomysły niż zdolności ich wykonania. Starcie Gunhedów jest cokolwiek chaotyczne, widocznie próbujące ukrywać techniczne niedostatki nieudanym montażem i zbliżeniami. Mimo starych technik i braku budżetu rodem z superprodukcji hollywoodzkich, sceny te i tak lepiej wypadają niż wiele współczesnych, wykorzystujących okropne często CGI tanich produkcji.

Fabuła Gunheda jest zdecydowanie prosta, a niepotrzebne próby jej skomplikowania wypadają mętnie, nienaturalnie oraz nie zawsze logicznie, szczególnie w kwestii wątku polującego na wyspie androida. Według mnie również niepotrzebnie twórcy zdecydowali się na dodawanie kolejnych postaci na terenie wyspy. Po stopniowym usuwaniu kolejnych członków załogi niczym komandosów w Predatorze, odnalezienie pani żołnierz z misją jeszcze nie psuje filmu, lecz późniejsze natknięcie się na dzieci o niesprecyzowanych zdolnościach zaburza nastrój, który zaczyna trącić infantylizmem, szczególnie w połączeniu ze scenami o nacechowaniu humorystycznym. Gadatliwy Gunhed oraz nieco zbyt długi czas trwania również umniejszają wartość produkcji, sprawiając, że z minuty na minutę robi się coraz bardziej monotonna.

I tak inspirowany zachodnim kinem Gunhed, mimo wszystkich swoich zalet z czasem okazuje się zbyt monotonnym kinem by skupiać na sobie uwagę. Jednostajny rytm przerywany jest okazjonalnymi scenami akcji, będącymi – w czym niemała zasługa autora efektów specjalnych Koichiego Kawakity – największą zaletą filmu. Szkoda w tym kontekście, że po tym, jak Harada ustanawia Japończyka i Amerykankę na równorzędnym poziomie – a nawet w pewnej chwili zdaje się wysuwać panią żołnierz na pierwszy plan – zaraz po naprawieniu Gunheda niemal całkowicie o niej zapomina. Przebywanie z nazywanym Brooklynem japońskim mechanikiem, przeobrażonym nagle w mistrza pilotowania mechów oraz z Gunhedem nie jest ani trochę tak emocjonujące, jak mogłoby się zdawać.

Gunhed w rezultacie jest frustrującym filmem. Filmem z wieloma interesującymi pomysłami, udanymi efektami, motywami rodem z produkcji z serii Alien i Terminator (poniekąd udowadniającymi, że crossover tych dwóch serii być może nie byłby złym pomysłem), które wypadają nadzwyczaj monotonnie w niesprawnych rękach Masato Harady. Stopniowo ulegająca chaosowi fabuła i pogarszający się z minuty na minutę montaż uzupełniają wizerunek produkcji, stającej się klasycznym przykładem niewykorzystanego potencjału. Gunhed nie jest więc dobrym kinem, lecz dla miłośników b-klasowych mechów i ciekawych produkcji garściami czerpiących ze znanych, kultowych tytułów jest to film zdecydowanie warty poznania.


niedziela, 22 stycznia 2017

The Lady Punisher (Tung chong 2 mung, Chin-Ku Lu, 1994)

The Lady Punisher
Tung chong 2 mung*
Reżyseria: Chin-Ku Lu (Tony Liu Chun-Ku)
Scenariusz: Liu Kuo-Hsiung
Produkcja: Hongkong/Tajlandia
Premiera: ?

Obsada: Tsui Man-Wah, Tommy Wong Kwong-Leung, Gong Hiu-Hung, Shing Fui-On, Yue Chau-Heung, Edith Au Ngoi-Ling, Chung Fat i inni.


Dwie młode, atrakcyjne dziewczyny kochają się bez pamięci. Co prawda uznają, że ich związek jest nienormalny i jedna z nich ma nawet niebawem wyjść za mąż, lecz nie powstrzymuje ich to przed nacieszeniem widza scenami golizny i erotycznych igraszek. Te przerwane są jednak introdukcją Masona i jego dwóch kumpli – handlarzy narkotyków, przemytników, zabójców na zlecenie, a także pospolitych morderców i gwałcicieli. Ich obecność pewnie nikogo nie zaskakuje, jako że akcja filmu rozgrywa się w Tajlandii. Po krótkiej i niestety mało emocjonującej strzelaninie wracamy do naszych dziewczyn, które akurat postanowiły popływać w skąpych strojach kąpielowych. Pech chce, że w okolicy przebywają również trzej złoczyńcy – gwałcą dziewczyny, jedną z nich zabijają, po czym uciekają przed policją. Trzy lata później w Hongkongu, panna Chiu, dawniej jedna ze szczęśliwych dziewczyn, a obecnie właścicielka luksusowego butiku, posiadaczka broni palnej oraz mistrzyni sztuk walki niechcący natyka się na jednego z bandziorów. Nadszedł czas zemsty. Nadszedł czas na The Lady Punisher (Tung chong 2 mung, Chin-Ku Lu, 1994).

Film jest dość typowym przedstawicielem hongkońskiego kina akcji Cat III, czyli dość suto zaprawianego scenami erotycznymi, stanowiącego poniekąd odpowiednik japońskiego sekushi akushion (sexy action), między którymi jest nader mało różnic. The Lady Punisher nie jest – niestety – wybitnym przedstawicielem nurtu, acz wciąż zawiera kilka interesujących pomysłów. Najważniejszym z nich jest wybranie lesbijki na protagonistkę, co stanowi dość rzadko spotykany zabieg. Co prawda, twórcy chcą by wilk był syty i owca cała, stąd – zgodnie z poprawnością polityczną – sugerują, że miłość homoseksualna nie jest czymś normalnym i, przez to, pożądanym w społeczeństwie. Z drugiej strony, wiedzą, że tworzą film w ramach kina eksploatacji, więc prymarnie wykorzystują bohaterkę do przedstawienia licznych scen zabaw między dziewczynami. Żeby zaś mogły je kontynuować także w późniejszych partiach produkcji w pozbawiony subtelności sposób wprowadzona zostaje kolejna kochanka Chiu, co stało się dla twórców również bodźcem do przedstawienia relacji o lekkim zabarwieniu sadomasochistycznym; na tym etapie ultratwarda już Chiu będzie wyraźnie dominować w związku i podczas erotycznych kontaktów zdarzy jej się też strzelić partnerkę po twarzy.

Oprócz perypetii Chiu, obserwujemy też losy Masona i jego ludzi. Zwykle są to nużące, klasyczne dla hongkońskiego kina akcji rywalizacje triad i przemycanie narkotyków. Wypadają zupełnie bez polotu, tak samo zresztą, jak wciśnięta na siłę scena erotyczna z prostytutką i jednym z gangsterów, a gdy Lu decyduje się na przedstawienie wątku zupełnie nieistotnego dla fabuły policyjnego śledztwa zaczyna nużyć widza, każąc mu przebywać ze skrajnie nijakimi policjantami. Jest też jednak kilka atrakcyjniejszych scen z Masonem i jego kumplami – w pewnym momencie muszą oni dokonać zabójstw na zlecenie oraz zemścić się na innym gangsterze. Kiedy film przechodzi do charakterystycznych scen akcji dla kinematografii z Hongkongu ze sztukami walki na czele, prezentuje się dość udanie. Co prawda, nie zawiera choreografii na miarę największych majstersztyków kina kung fu, lecz i tak prezentuje się zadowalająco. Nieco gorzej wypadają potyczki z Chiu, bo choć Sophia Yi (Tsui Man Wah** pod pseudonimem) wygląda naprawdę przekonująco (i atrakcyjnie), gdy lekko umięśniona, w mało zasłaniającym stroju i z orężem w dłoni szuka wroga, to przy bardziej dynamicznych scenach akcji nie dorównuje czasem prędkością męskim kolegom, przez co Lu decyduje się z rzadka na skorzystanie z fast motion, co nigdy nie kończy się dobrze.


Pod względem fabuły próżno tu szukać skomplikowanych psychologicznych portretów, bo wszystko jest jedynie pretekstem do scen akcji i erotycznych. Chiu czasami zapomina o zemście, nie obawia się uprawiać seksu z gangsterami, jej druga kochanka jest wyraźnie niestabilna psychicznie, ale nie przeszkadza to Chiu na nagłą decyzję by zabierać ją na strzelaniny. Tym samym The Lady Punisher stanowi niezaprzeczalnie dość kiepski przykład kina akcji, rape'n'revenge i Cat III w jednym, wypchanym nieco nonsensowną i nader pretekstową fabułą. Próbuje nadrabiać swoje niedoskonałości scenami homoerotycznymi, obsadzeniem Tommy'ego Wonga w roli Masona oraz Sophią Yi, lecz czyni to nieskutecznie. Mimo to wciąż zawiera tych kilka scen i pomysłów, które sprawiają, że każdy miłośnik mało ambitnej, ale seksownej niskobudżetowej rozwałki znajdzie tu coś dla siebie.

* Tytuł dosłownie znaczy "Jedno (to samo) łóżko, 2 marzenia".
** Co zapewne jest powodem, dla którego imdb podaje tylko dwa tytuły z jej udziałem, podczas gdy w rzeczywistości zagrała przynajmniej w 25.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Kino gatunkowe z Hongkongu, Chin i Tajwanu


Na Odysei Filmowej już od pewnego czasu rozwija się seria poświęcona kinu gatunkowemu z Hongkongu, Chin i Tajwanu. Wuxia, kung fu, akcja, ale też horrory i thrillery, czyli gatunki w dużej mierze interesujące dla wszystkich miłośników kina akcji, znajdują tam swoje miejsce.

Część pierwsza znajduje się tutaj. Zawiera historię kina wuxia, oraz omówienia wybranych filmów z lat 1965-1966.

Część druga znajduje się tutaj i skupia się na roku 1967.

Część trzecia znajduje się tutaj i skupia się na roku 1968.

Część czwarta znajduje się tutaj i skupia się roku 1969.

Część piąta w przygotowaniu...


niedziela, 15 stycznia 2017

008: Operation Exterminate (A 008 operazione sterminio, Umberto Lenzi, 1965)

008: Operation Exterminate
A 008 operazione sterminio
reż. Umberto Lenzi
scenariusz: Umberto Lenzi, Wallace Mackentzy
Produkcja: Włochy/Egipt
Premiera: 03.09.1965

Obsada: Ingrid Schoeller, Alberto Lupo, Ivano Staccioli, Dina De Santis i inni.

008: Operation Exterminate to, jak sugeruje tytuł, film z nurtu eurospy próbujący znaleźć swoją widownię korzystając z podkradania pomysłów z popularnych przygód agenta 007. Gdy 008 pojawił się w kinach, publiczność miała już za sobą 3 historie o Bondzie i z każdej z nich coś Włosi uszczknęli dla siebie. Najbardziej kuriozalnym pomysłem jest danie jednemu z zabójców czyhających na protagonistów rękawiczki, sprawiającej, że jego dłoń wygląda tak, jak dłonie tytułowego antagonisty z Dr. No (Terence Young, 1962). Zabójca u Lenziego potrafi jednak strzelać ze swojej rękawicy ostrzami. Unikają ich amerykańska agentka 008 MacDonald oraz brytyjski agent 006 Frank Smith. Udają się oni do Kairu po tym, jak inni agenci zostali zabici podczas prób odnalezienia osób posiadających antyradar – potężne urządzenie blokujące działanie wszystkich radarów w swoim zasięgu.


Damsko-żeńskie relacje w filmie poniekąd zapowiadają późniejszy film o Bondzie, Szpieg, który mnie kochał (The Spy Who Loved Me, Lewis Gilbert, 1977) oraz realizowane niedługo później filmy Wei Lo w studiu Shaw Brothers ze szczególnym wskazaniem na Angel with Iron Fists (Tie guan yin, 1967). Ciężko jednak film Lenziego uznać za produkcję udaną. Choć nie brak tu obligatoryjnego geniusza zbrodni, z własną kryjówką, gangiem, wymyślnymi urządzeniami i zdolnościami przebierania się nie do rozpoznania, to jego sposób działania trudno określić inaczej niż nonsensowny. Kemp, jak ów geniusz zła się nazywa, próbuje pozbyć się agentów korzystając z takich pułapek, jak choćby basen pod napięciem czy furgonetka i przenośna komora gazowa w jednym. Zwykle jest kilka kroków przed bohaterami i sabotuje ich poczynania z precyzją niemożliwą do zrealizowania w rzeczywistości i przewiduje ich nawet zupełnie przypadkowe poczynania. Niestety, gdy przychodzi czas zabicia agentów albo popełnia jakiś głupi błąd, albo zamiast po prostu pozbyć się przeciwników korzysta z urządzenia, dającego im czas na ucieczkę.


Oczywiście są to klisze, które pojawiają się nie tylko w imitacjach filmów o Bondzie, ale i w filmach o samym 007, nawet w tych lepszych, jak choćby w Skyfall (Sam Mendes, 2012). Tutaj jednak nie tylko jest ich zdecydowanie zbyt duże nagromadzenie, ale i uwaga widza nie jest od nich odciągana ani muzyką, ani grą aktorów, ani scenami akcji. Muzycznie 008 nie prezentuje ani jednej, interesującej melodii, Ingrid Schoeller wypada zupełnie nieprzekonująco jako tytułowa agentka, a zwroty akcji – szczególnie w finale – w których istotną rolę odgrywa 006 (Alberto Lupo) są gwoździem do trumny nijakiej i nużącej produkcji.


Oczywiście niezbyt wysokie standardy filmu nie zaskoczą widzów zaznajomionych z włoskim kinem gatunkowym spod ręki Lenziego. Nie chcę go zbytnio krytykować, jako że nie jest to reżyser pozbawiony interesujących produkcji w swojej filmografii. Był między innymi reżyserem udanego poliziotteschi Almost Human (Milano odia: la polizia non puo sparare, 1974), przyjemnie kiczowatego horroru zombie Nightmare City (Incubo sulla citta contaminata, 1980), kultowych w pewnych kręgach filmach z nurtu kanibalistycznego, jak Eaten Alive! (Mangiati vivi!, 1980) czy Cannibal Ferox (1981), a także przyzwoitej kopii Cobry (George P. Cosmatos, 1986) z Sylvestrem Stallonem, zrealizowanej w stylistyce blaxploatation jako Black Cobra (Cobra nero, 1987) z Fredem Williamsonem w roli głównej. Jak widać Lenzi był reżyserem, któremu kino gatunkowe niemalże w każdej formie nie było obce. Nie oznacza to, że wszystkie jego produkcje są tak samo interesujące i 008: Operation Exterminate stanowi przykład mniej zajmującej części filmografii Włocha. I choć nie mogę powiedzieć, żeby rezultat mnie zupełnie zaskoczył i nie jest pozbawiony uroku, to z pewnością można było z fabuły wykrzesać lepszy film. Niestety, w formie, w jakiej został wydany może być wart polecenia jedynie największym miłośnikom eurospy i włoskiego kina gatunkowego.

piątek, 13 stycznia 2017

Takashi Miike


Na Kinomisji piszę serię artykułów poświęconych twórczości jednego z moich ulubionych reżyserów: Takashiego Miike.

Część 1., w której przedstawiam sylwetkę reżysera oraz pokrótce piszę czym jest V-cinema, a także omawiam filmy Bodyguard Kiba (1993), Shinjuku Outlaw (1994), Bodyguard Kiba: Apocalypse of Carnage 1 i 2 (1994 i 1995), Osaka Tough Guys (1995) znajduje się tutaj.

Część 2., w której omawiam Shinjuku Triad Society (1995), The New Third Gangster (1995), The New Third Gangster II (1995), Ambition without Honor (1996), The Way to Fight (1996) znajduje się tutaj.

Część 3., w której omawiam Fudoh: The Next Generation (1996), Young Thugs: Innocent Blood (1997), Rainy Dog (1997), Full Metal Yakuza (1997) znajduje się tutaj.

Część 4., w której omawiam The Bird People in China (1998), Lady Hunter (1991), Eyecatch Junction (1991), Andromedia (1998) znajduje się tutaj.

Część 5., w której omawiam Blues Harp (1998), Young Thugs: Nostalgia (1998), Man, a Natural Girl (1999) oraz Ley Lines (1999) znajduje się tutaj.

Część 6., w której omawiam Silver (1999), Salaryman Kintaro (1999), Man, Next Natural Girl (1999) i Dead or Alive (1999) znajduje się tutaj.

Część 7., w której omawiam Audition (1999) znajduje się tutaj.

środa, 11 stycznia 2017

Pociąg (The Train, John Frankenheimer, 1964)

Pociąg
The Train
reż. John Frankenheimer
scenariusz: Franklin Coen i Frank Davis
produkcja: USA, Francja
Premiera: 22.09.1964 (Francja)

Obsada: Burt Lancaster, Paul Scofield, Jeanne Moreau, Suzanne Flon, Michel Simon i inni.


W latach 60. najjaśniejsza gwiazda Hollywoodu poprzedniej dekady – Burt Lancaster – powoli, acz nieubłaganie gasła. Jako jedna z największych sił nie tylko aktorskich, lecz również producenckich, Lancaster obficie korzystał ze współpracy z wielkimi studiami, przebierając w projektach z wiedzą, że prędzej czy później nadejdzie czas spłaty zobowiązań w postaci występów wybranych za niego. Jego status niewątpliwie i wtedy jednak przychodził mu w sukurs i większość pozycji z jego udziałem to filmy udane. Późniejszy spadek popularności do pewnego stopnia należy bowiem zrzucić na karb powiększających się ambicji krytycznej oceny rzeczywistości produkcji, w których występował aktor, a jakie nie szły w parze z chęciami widowni, pragnącej oglądania lżejszych i bardziej rozrywkowych propozycji.


Jednym z filmów z Lancasterem zrealizowanych w latach 60., który odniósł sukces kasowy, jest wyreżyserowany przez Johna Frankenheimera klasyczny już Pociąg (The Train, 1964). Sensacyjny temat, historyczne oparcie oraz niemały budżet przekuły się w efektowny rezultat, z łatwością ściągający do kin widzów spragnionych zarówno wybuchów, jak i Lancastera w typowej dla siebie kreacji. Początkowo jednak oparta na prawdziwych wydarzeniach z czasów końca II wojny światowej produkcja miała być skromniejsza i przedstawiać zmagania należących do ruchu oporu kolejarzy, walczących przeciw nazistowskiemu okupantowi we Francji. Za pomocą niekończącej się fali biurokracji skutecznie opóźnili oni przyjazd do Niemiec pociągu wypełnionego największymi dziełami francuskiego malarstwa. Skrzynki z napisami Renoir, Cezanne, Van Gogh wypełniły wagony pociągu, który natychmiast stał się jednym z najważniejszych transportów drugiej wojny światowej. I, według producentów, wymagał bardziej agresywnego przedstawienia na celuloidowej taśmie.


Charakter produkcji zmienił się, gdy na stołku reżysera zasiadł Frankenheimer, który już wcześniej współpracował z Lancasterem przy okazji Młodych dzikich (The Young Savages, 1961). Choć podczas pierwszego spotkania ich relacja była pełna napięć, przy Pociągu kooperacja przebiegała nadzwyczaj sprawnie i realizacja filmu stała się przyczynkiem do przyjaźni tych dwóch legend amerykańskiego kina. W rękach nowego reżysera i po zmianach w scenariuszu, produkcja przekształciła się w pełnokrwiste kino akcji, zyskując określenie "ostatniego czarno-białego filmu akcji". Bombardowania, zderzenia pociągów, strzelaniny i umysłowe zapasy kierującego francuską akcją Labiche'a (Lancaster) oraz dowodzącego transportem nazistowskiego pułkownika Von Waldheima (Paul Scofield) stały się rdzeniem emocjonującej fabuły Pociągu. Zawiązanie głównego wątku zmagań między dwoma adwersarzami zasługuje na szczególne wyróżnienie; to właśnie dzięki ich zmaganiom, a nie dzięki przedstawieniu heroizmu francuskich kolejarzy, moralnych zagwozdek dotyczących zestawienia wartości ludzkiego życia z wartością sztuki, gier z suspensem czy prezentacji wojennych realiów, film zapisał się w historii kina jako wczesny paradygmat dla kina akcji. Korzystały z niego później niezliczone ilości produkcji, jak choćby Szklana pułapka (Die Hard, John McTiernan, 1988) oraz inne klasyki kina akcji z lat 80., które następnie rozciągały jego wpływ na kolejne lata kinowych strzelanin, ekranowych twardzieli i niekończącego się pasma eksplozji.

Oczywiście, współczesny widz nie będzie zszokowany ani efektownością, ani prędkością Pociągu i dla przypadkowego fana kina akcji stanowić on będzie raczej podróż historyczną niż rozrywkową. Miłośnikom kina w ogóle film Frankenheimera nadal jednak potrafi sporo zaoferować, nawet mimo wyraźnego śladu, jaki odcisnął na produkcji ząb czasu, sprawiając – szczególnie w przypadku produkcji realizowanej w tym gatunku – że stała się dość archaiczna. Raczej przewidywalny rozwój akcji i szkicowo nakreślone charaktery oraz relacje między postaciami z obligatoryjnym, choć potraktowanym po macoszemu wątkiem romantycznym między Labichem a „niespodziewanie” pomagającą mu Christine (Jeanne Moreau), nie potrafią bowiem zainteresować współczesnego widza, tak jak miało to miejsce ponad 50 lat temu.


Współcześnie, oprócz wartości historycznej, Pociąg intryguje więc przede wszystkim reżyserskim zmysłem Frankenheimera oraz scenami bombardowania i kolejowej kraksy. W każdej scenie, w każdym pomieszczeniu nieustannie coś się dzieje, widz z łatwością odczuwa towarzyszący wszystkim popłoch, idealnie odzwierciedlający nerwowe oczekiwanie końca wojny i pośpiesznej ucieczki z frontu. W scenach rozmów postacie przechodzą od mapy do mapy, drzwi są ciągle otwierane przez ludzi z nowymi informacjami lub podających herbatę, przy torach stoją niekończące się zastępy żołnierzy, robotnicy nieustannie pracują, na szynach wciąż przesuwają się transporty, wszyscy i wszystko są w stanie permanentnego ruchu. Tym bardziej sceny te robią wrażenie teraz, dzięki restauracji filmu i możliwości obejrzenia go w wysokiej rozdzielczości. Nie zawsze jest to prawdą, lecz niewątpliwie w tym przypadku szczegółowość formatu to drugie życie dla produkcji. Wiele z kadrów ogląda się na nowo, odkrywając niesamowitą głębię i pieczę w kwestii detalów – elementy, które wcześniej przeoczyliśmy lub których po prostu nie mogliśmy dostrzec.

Ostatecznie więc, choć nie jest najlepszym z filmów osadzonych w realiach drugiej wojny światowej, ani też najlepszym z filmów Frankenheimera, Pociąg może poszczycić się ogromnym wpływem na nurt kina akcji, dotknięciem nie tak częstego tematu zmagań kolejarzy z okupantem oraz niesamowitą dbałością o szczegóły, dzięki którym jest to produkcja pełna napięcia i dynamiki. Jako istotna dla historii kina, mimo tych kilku obecnych w niej wad, stanowi wartościowy i zdecydowanie wart polecenia film.


Chwila o wydaniu Blu-ray

Jak było wzmiankowane wcześniej, Pociąg został odrestaurowany, dzięki czemu zachwyca kadrami, odkrywającymi kunsztowne wykonanie, które do tej pory pozostawało nieco przykurzone pod warstwą uszkodzeń taśmy. Podobnie jak w przypadku większości wydawnictw od Arrow Films, także i tutaj mamy możliwość wyboru między dwiema okładkami wydania – oryginalną grafiką oraz nową, zrealizowaną przez Vladimira Zimakova specjalnie dla omawianego wydania, booklet z omówieniem produkcji, napisanym przez Sheldona Halla oraz oryginalną ścieżkę dźwiękową z opcjonalnymi napisami dla osób z problemami ze słuchem.

Na płycie odnajdziemy też komentarz Johna Frankenheimera, stanowiący wartościowy wgląd w kulisy powstania Pociągu. Można także włączyć samą ścieżkę dźwiękową, skomponowaną przez Maurice Jarre, jeśli komuś przyjdzie na to ochota. Pozostałe dodatki są dość skromne. Trzy z nich to pamiątki z promocji filmu z lat 60., czyli krótki raport z tworzenia filmu zrealizowany przez francuską telewizję, jeszcze krótszy materiał z premiery francuskiej oraz, jeszcze krótszy, wywiad z Michelem Simonem – aktorem wcielającym się w heroicznego kolejarza, któremu nie straszne są żadne bombardowania.


Pozostałe bonusy to Burt Lancaster in the Sixties, materiał, w którym Kate Buford, biograf aktora, opowiada o jego karierze w latach 60. i obligatoryjny zwiastun filmu. Szkoda, że nie znalazł się tutaj materiał pełniej omawiający pozycję Pociągu w rozwoju kina akcji. Mimo to wydanie Arrow z pewnością stanowi doskonałe uzupełnienie kolekcji dla osób, które interesują się kinem amerykańskim, akcji czy osobami, odpowiadającymi za realizację produkcji. Dla nich jest to wydanie, którego nie powinni przegapić.

Omawiane wydanie można zakupić, klikając w link znajdujący się poniżej. Uwaga! Film wydany w języku angielskim, bez polskich napisów!

Jest to poprawiona wersja tekstu. Korekta oryginalnej wersji: Dagmara Moszyńska